I najpierw przeniósł się Bartek i jego rzeczy, a ja z kociastymi czekałam na ostatnie szlify i na montaż drzwi, czyli ostatnią pracę remontową, o której wiedzieliśmy, że nie powinna odbywać się w towarzystwie zwierzaków.
A później cała czwórka została złapana do kontenerków i przewieziona do nowego miejsca.
A wtedy Wala wyszła z kontenerka, a później zwiedzała całe mieszkanie na lekko przygiętych łapkach, ale z każdym krokiem łapki prostowały się coraz bardziej, aż w końcu zdecydowała się spędzić wieczór na ocieraniu się o wszystkie mniej lub bardziej znane przedmioty i gruchaniu do nas wszystkich swoich bardzo ważnych spostrzeżeń.
A wtedy Chase schował się za materacem, tak że było widać tylko samą końcówkę kocurkowego ogonka i siedział tam godzinę i wyszedł dopiero wtedy, gdy zaburczało mu w brzuszku. I chociaż w nowym otoczeniu wydawaliśmy się jacyś tacy obcy, to jednak mieliśmy wystarczająco smaczny jogurcik, by było nam można powoli na nowo zaufać.
A wtedy Wilson schował się za pralkę i siedział tam z pyszczkiem wciśniętym w kąt i pomiaukiwał żałośnie i żadne zaproszenia do smakołyków nie pomagały. I siedział tak do rana, aż przyszła do łazienki Wala, zaczęła się ocierać o moje nogi, zagruchała radośnie: a wtedy Wilson wyszedł zza pralki i jak gdyby nigdy nic poszedł do miseczki. Po prostu dojrzał do zwiedzania mieszkania :).
A wtedy Formanka schowała się jeszcze głębiej za pralkę, gdzie siedziała schowana za Wilsonem i nadal udawała, że jej nie ma, aż w końcu ośmielona towarzystwem Wali, prawie że uczepiona Walowego ogonka, przewędrowała przez mieszkanie, schowała się najpierw za kanapą, później za fotelem, a teraz biega sobie i bryka zadowolona, pod warunkiem, że nie próbujemy kota głaskać, co jest zdecydowanie nieodpowiednim zachowaniem i bardzo dużym nietaktem.
I przykleiliśmy już na lodówce napis: Tam dom Twój, gdzie Kot Twój. I próbujemy się znaleźć w nowym otoczeniu, podczas gdy mała stokrotka Cuddy powolutku odnajduje się w swoim własnym Domu, w którym spędziła już całe Święta.
I bryka, i mruczy, i odkrywa (że dzwoneczki dzwonią, jak się je dotknie łapką), i bawi się, i gania
za myszkami na sznurku - i nazywa się Zosia. Bo, jak stwierdziła wspólnie trójka jej nowych Opiekunów: ma oczy Sophie Loren. Ot co :).
A tak urosły Czejsy, jak się ludzie nie patrzyli... Tylko gofrowane wąsy są nie wiadomo skąd

A tak się Czejsy wydłużyły ogromnie. I strójkątniały na pyszczku

A takie są słodkie i urocze i mruczące, gdy przesyłają pozdrowienia specjalnie dla mamy Agaty, której dedykujemy dzisiejszy wpis po długiej przerwie :).














